czwartek, 30 maja 2013

Rozdział III

Muszę wyjaśnić sprawę z listami. Wchodzę do dużego pokoju, gdzie zastaję ojca. Wszędzie leżą porozwalane butelki po alkoholu. Nic nowego. Zastanawiam się, jak zacząć rozmowę. Widać, że ojciec nieźle się upił, a to nie dodaje mi otuchy. Mimo wszystko chcę z nim porozmawiać.
-Tato..- Zaczynam niepewnie. Dawno nie rozmawialiśmy. Nigdy nie nazwałam go ‘’tatą’’.
On nie reaguje. Nie usłyszał?
-Tato!- Mówię głośniej.
-Czego?- Jest cholernie upity.
-Co to jest?- Pytam i rzucam listy od Carlos’a na stół.
-A na co ci to wygląda?- Ledwo da się go zrozumieć.
-Wiem co to, do cholery!- Nie umiem opanować emocji.- Pytam, czemu ukrywałeś listy, które były do mnie?
-Wyrażaj się do ojca.- Warczy.
-Nie mam ojca.
On przenosi na mnie wzrok
-Coś ty powiedziała?- Nie odzywam się.- No powtórz.
-Nie mam ojca.- Wykrzykuję.- Zadowolony?
On wstaje. W jednej chwili znajduje się koło mnie. Łapie mnie za włosy i mocno szarpie. Łzy pojawiają się w moich oczach. Nie jestem w stanie nic powiedzieć. Próbuję się wyrwać. Nagle uderza mnie w twarz.
-Skoro nie masz ojca, to nie masz też domu. Wypierdalaj.
Cofam się, cały czas na niego patrząc. Chcę odpowiedzieć ‘’z miłą chęcią’’, ale się boję. Wbiegam do mojego pokoju. Zabieram gitarę i zdjęcie, które przesłał mi Carlos. Zatrzymuję się. Listy. Boję się tam wrócić, ale chcę je odzyskać. Słyszę, że ktoś trzaska drzwiami. Wyszedł. Wychodzę z pokoju. Na szczęście listy tam leżą. Biorę je i znów wracam do pokoju. Rozglądam się. Dorywam karton z moimi rzeczami. Co prawda jest ich niewiele. Znajduję naszyjnik, który dostałam od prababci kilka dni przed jej śmiercią. Carlos wtedy ze mną był. Przed oczami staje mi ten dzień. Długo płakałam, a Carlos.. Po prostu tam był. Nie musiał nic mówić. Przytulał mnie i głaskał po głowie. To liczyło się najbardziej. Jego obecność. Muszę go znaleźć. Nie ważne, ile będzie mnie to kosztowało.

* Carlos*
-Jesteś pewien, że to ona?- Pytam po raz setny.
-Tak. Nawet dała mi to do zrozumienia.
-Jak?
-Pytała się o Ciebie, a potem nagle zaczęła mówić, że mam udawać, że nigdy jej nie spotkałem.
Patrzę na niego. To musiała być ona. Z wrażenia siadam na kanapie.
-Czekaj.. Spotkałeś ją wcześniej?
-Tak. Przed tym klubem wczoraj.
-To..To była Melody?
Przymykam oczy. Była tak blisko. A jednak tak daleko. Nikt się nie odzywa. Spoglądam na zegarek w holu hotelu. Powinniśmy wyruszyć, jeśli nie chcemy się spóźnić na samolot.

* W samolocie*

Za kilka minut startujemy. Gdyby to ode mnie zależało, to szukałbym teraz Sabine. Opieram się o okno i zamykam oczy. Czuję, że zasypiam. Słyszę jeszcze, jakby z daleka głos Kendall’a:
-Będzie dobrze.
Zasypiam. Z nową nadzieją w sercu i milionem pytań w głowie.

*Sabine*

Wychodzę z lombardu. Sprzedałam najważniejszą, najcenniejszą dla mnie rzecz. Nie miałam wyjścia. Muszę wydostać się z tego miasta. Nie wiem gdzie mam iść. Gdzie znajdę Kendall’a i Carlos’a? Myślę. Hotel? Ale który? W tym mieście jest ich chyba miliony.. Chwila.. Jak nazywał się ich zespół? Big.. Big Time Rush? Ruszam do biblioteki. Na szczęścia jest niedaleko. Mijam kilka sklepów spożywczych i skręcam. Przed oczami ukazuje mi się spory budynek. Nasza biblioteka. Przechodzę na drugą stronę i przechodzę przez wielkie drewniane drzwi. Od razu kieruję się na dział z komputerami. Zapisuję się w karcie i siadam przy jednym z komputerów. Włączam przeglądarkę i szybko wpisuję ‘’Big Time Rush’’. Nie pierwszym miejscu jest wikipedia, a zaraz po niej ich oficjalna strona. Klikam. 




BIG TIME RUSH wraca do NYC!


Tak głosił pierwszy nagłówek. 




4 lipca Big Time Rush wystąpi na jednym szkolnym festynie.


‘’Cholera, przecież to jutro.’’ Myślę sobie. A to oznacza, że.. Wyjechali. Opieram się o oparcie krzesła. Muszę go znaleźć. Muszę się z nim spotkać. Nie pozostaje mi nic innego, jak wyjechać do Nowego Jorku.
_________________________________________
Bardzo dziękujemy za komentarze :) One bardzo motywują!
Pisałyśmy ten rozdział ponad godzinę.

Jeśli ktoś chciałby być informowany o rozdziałach, niech śmiało pisze w komentarzu :)

środa, 29 maja 2013

Rozdział II

Słyszę ciche pukanie do okna. Otwieram oczy. Patrzę w tamtą stronę. Widzę zapłakaną brunetkę. Jessica. Wstaję. Otwieram okno. Nie odzywam się. Czekam, aż ona wyjaśni co się stało. Nie chcę naciskać, przecież ledwo ją znam. Dziewczyna nic nie mówi, tylko patrzy tępo w jeden punkt.
-Ed.-To tyle co udaje się jej wykrztusić.
-Co, Ed?-Pytam. Nic nie odpowiada. Zaczynam się niepokoić.
-Co z nim?-Ponawiam pytanie.
-Szpital.-Patrzę na nią z wytrzeszczonymi oczami. To nie może być prawda.
-O czym ty mówisz?-Pytam z nadzieją, że się mylę.
Co za ironia. Po raz kolejny nie otrzymałam odpowiedzi na moje pytanie.
Dziewczyna wybucha płaczem, jednak po chwili się uspokaja.
-Przedawkował.-Szeroko otwieram oczy. To niemożliwe.
-To jakiś żart?-Wybucham śmiechem, który zamienia się w płacz. Jej milczenie mówi mi wszystko.
Przedawkował. Ed. To on z nas wszystkich najbardziej uważał. Tysiąc myśli. Zamykam oczy i widzę uśmiechniętego Ed'a. Nie chcę nawet myśleć o tym, że już nigdy go nie zobaczę. Nie wiem co robić.
-Gdzie reszta?-Pytam. Jessica podnosi się z klęczek i zaczyna schodzić po drabinie.
-Chodź.-Biorę bluzę, którą szybko zakładam i idę na dół za brunetką. Prowadzi mnie w tak dobrze znane mi miejsce.
Park. Mogłam się domyślić. Bromley wydaje się nagle jakieś ponure. Tak jakby straciło cząstkę siebie. Cząstkę swojej historii. Wchodzimy do parku. Widzę ich. Siedzą tam, gdzie zawsze. Do niektórych chyba nadal nie doszło to co się stało. Podchodzimy, ale nikt się z nami nie wita. Wszyscy siedzą w milczeniu. Siadam koło nich. Niby z nimi, ale jest między nami pewien dystans. I ta cholerna cisza, której nikt nie chce przerwać. Nie wytrzymuję. Mam potrzebę uciec. Nie tylko z tego parku, ale z tego życia. Chcę zacząć od nowa. Może właśnie to zrobię. Biegnę i ponownie wybucham płaczem. Ledwo widzę drogę. Mimo tego nie zatrzymuję się. Chcę uciec jak najdalej od tego miejsca. Od tych wspomnień. Po chwili czuję ból. Spadam. Wpadłam na kogoś. Podnoszę wzrok. To ponownie on. Kendall. Wstaję i cofam się do tyłu, ale chłopak mnie zauważa. Nie mam ochoty na jakąkolwiek konfrontację. Szczególnie z nim. Ostatni raz na niego patrzę. Odwracam się. Chcę odejść. Blondyn łapie mnie za nadgarstek i sprawia, że staję do niego przodem. Nie mogę znieść jego świdrującego mnie na wskroś wzroku. Spuszczam głowę.
-Czemu wczoraj uciekłaś?-Pyta.
-Bo takim jak mi się nie pomaga.-Próbuję się mu wyrwać, ale chłopak trzyma mnie dosyć mocno.-Czego chcesz?-Pytam chamsko.
-Przypominasz mi kogoś.-Zaskoczył mnie tym.
-Kogo?
-Przyjaciółkę mojego kumpla. Pokazywał nam jej zdjęcia.
-Nam?
-Mnie i reszcie naszego zespołu.-Fakty układają mi się w całość. Jak puzzle.
-Jak on się nazywa?
-Big Time Rush.
-Nie zespół, debilu. Twój kumpel.
-Carlos. Dlaczego pytasz?-Spoglądam na niego nerwowo. Nie wierzę.
-Nigdy mnie nie spotkałeś, rozumiesz?-Wyrywam się i biegnę do domu.
Słyszę jego głos coraz ciszej, ale wyraźnie.
-Melody?-Skąd on wie o tym przezwisku? Tylko jedna osoba mnie tak nazywała. Odwracam się, by coś powiedzieć.
-Nie widziałeś mnie, a na imię mi Sabine.-Łzy spływają po moich policzkach, a ja ponownie biegnę.
Tym razem nic mi nie przeszkadza. On też nie. Wchodzę do pokoju przez okno, jak zawsze. Siadam na materacu oparta o ścianę. Myśli przewijają się w mojej głowie jak w filmie. Film? W takim razie cudowny dramat. Mam dość. Muszę się stad wynieść. I tak nikogo tu nie mam. Ed nie żyje, a Carlos odszedł już dawno. Nawet nie mieszka w UK. Wstaję. Widzę wszystko za mgłą. Jestem w amoku. Wycieram łzy rękawem od bluzy. To na nic. Na ich miejscu pojawiają się nowe. Opieram się o ścianę. Decyduję. Dopadam jednego z kartonów pewna, że znajdę jakieś oszczędności. Nie ma nic. Po chwili orientuję się, że jest to karton z rzeczami ojca. Ciekawość zwycięża. Sięgam po jedno zdjęcie z podpisem "najlepsi przyjaciele". To ja i Carlos. Nigdy wcześniej go nie widziałam. Przejeżdżam palcem po całej jego szerokości. Skąd się tu wziął?
Zauważam list zaadresowany do mnie. Biorę go i delikatnie otwieram. Początek jest...co najmniej szokujący.  Przynajmniej dla mnie.

"Nie wiem co zrobiłem źle, ale pamiętaj, że tęsknie. 
Mam nadzieje, że kiedyś mi wybaczysz. Cokolwiek zrobiłem."

List jest sprzed miesiąca. Nic nie rozumiem, więc sięgam po kolejną kopertę.

"Wiesz, że tęsknie coraz bardziej? Nie odpisałaś na żaden mój list...Dlaczego?"

To tylko urywek. Urywek z kilkunastu listów, które dostałam. Wszystkie od Niego. Wstaję z klęczek. Biorę gitarę i postanawiam. Muszę znaleźć Kendall'a. Muszę zrobić to jak najszybciej. Mam nadzieję, że nie jest za późno.

_________________________________________________________
Pisałyśmy go godzinę. Sabina stwierdziła (uwaga, cytuję): "Jakie to pisanie jest wciągające. Bardziej niż takie samemu. Bo tak to wiesz, co się zdarzy xd." haha :D

Mamy nadzieje, że się podoba. Do następnego ♥

CZYTASZ=KOMENTUJ




wtorek, 28 maja 2013

Rozdział I


Kręci mi się w głowie. Chyba wzięłam za dużo. Ed odpłynął już jakąś godzinę temu. Wszyscy się świetnie bawią tylko nie ja. Co się zmieniło od ostatniego razu? I co dalej? Nie wiem. Biorę więcej. To się zmieniło. Biorę częściej.Nie mówiąc o problemach w domu, które namnażają się jak bakterie. Czy chcę to zmienić? Tak, ale coś w środku mówi mi, że nie warto.
Wstaję i chwiejnym krokiem ruszam do wyjścia. Czy do nich wrócę? Może kiedyś. Czuję, że muszę uciec.

Nie wytrzymam tu z nimi.
Nie wytrzymam bez Niego.
Wydaję mi się, że podjęłam decyzję. Czy jest dobra? Nie mam pojęcia. Potykam się o stopień. Czuję, że tracę równowagę. Czuję czyjeś ręce. Ktoś nie pozwala mi upaść.
-Wszystko w porządku?-Pyta mnie chłopak. Blondyn o zielonych oczach.
Patrzę na niego. Nie umiem nic wykrztusić. Po chwili udaje mi się stanąć o własnych siłach. Chłopak ma troskę wypisaną na twarzy. I po co? Po co się martwi o jakąś ćpunkę, której nawet nie zna? Nie wytrzymuję jego wzroku, więc ruszam dalej.
-Czekaj.-Chłopak stara się przekrzyczeć muzykę.
Nie odzywam się. Bo po co? Idę dalej przed siebie. Ktoś szarpie mnie lekko za nadgarstek. Podnoszę wzrok.
-Pomogę Ci.-Mówi blondyn.

Wyrywam mu się i idę dalej.Nie zważam na jego słowa. Kolejna fałszywa osoba na mojej drodze. Nie potrzebuję takich. Pomoże i potem już nigdy się nie odezwie. On też tak postąpił. Mijam parę, która się obściskuje. Próbuję otworzyć drzwi, ale nie mam siły. Mam dość. Nagle drzwi ustępują.Wychodzę i kieruje się do domu.Nigdy nie zdawałam sobie sprawy, że przyjeżdża tu tyle osób.
-Zaczekaj.-To znowu on.

-Czego chcesz?
-Chcę pomóc.
-Po co?- Wyśmiewam go.-Dostaniesz nobla jak pomożesz ćpunce w potrzebie?
Możliwe, że trochę to go zatkało. Nic nie mówił.
-Może zacznijmy od nowa. Jestem...
-Nie obchodzi mnie to,jak się nazywasz.
Ponownie ruszam przed siebie.
-Kendall!-Słyszę, że ktoś woła chłopaka.
 "Już wiem jak się nazywasz" myślę.
Ten głos. To niemożliwe. Odwracam się. To on. Wrócił.
Boję się. czy to coś zmieni? Uciekam. Nie mogę się z nim spotkać. Nie teraz. To on powinien zrobić pierwszy krok. To on wyjechał bez pożegnania, nie ja. Poczekam. Może kiedyś przyjdzie? Może kiedyś wytłumaczy mi, dlaczego to zrobił?
-Czekaj.-Słyszę jeszcze za sobą. Przyśpieszam.
Biegnę przez ulicę. Dobrze, że nocą nikt nie jeździ. Skręcam, zwalniam pewna, że chłopak mnie nie ściga. Park.
To właśnie tu spędzam większość czasu.
Głównie z Ed'em i resztą naszej paczki. Zdarzają się też noce, że jestem tu sama.
Wtedy wspominam dobre i złe chwile. Zazwyczaj łzy spływają wtedy po moich policzkach. Dlaczego?  Ale nie teraz. Teraz myślę o Kendall'u, a raczej o głosie, który go wołał. To możliwe, że wrócił? Jeśli tak, to po co? Na pewno nie po to, by spotkać się ze mną. To boli najbardziej. Kiedyś tak bliscy, teraz obcy sobie ludzie Wstaję. Nie będę się nad sobą użalać.
Muszę wrócić do domu, choć wolałabym zostać tu. Idę powoli. Kocham Bromley nocą. Chociaż tu mogę być sobą.Mijam jakieś kluby. Głośna muzyka sprawia, że głowa boli mnie jeszcze bardziej. Skręcam w uliczkę. Do budynku po lewej przyczepiona jest drabina. Wspinam się. Jestem już na szczycie. Schodzę z niej. Otwieram okno i wchodzę do swojego pokoju. Moje kolorowe niegdyś ściany zastąpił beż i biel. Wszystko umarło. Wraz z nim. Umarła ta lepsza część mnie.
Materac leży przy oknie. To na nim śpię. Nie mam łóżka. W pokoju znajduje się tylko materac, stolik i moja gitara.
Dawno przestałam na niej grać. W sumie, to też przez niego. Sięgam po nią i zaczynam grać.  Czuję jakbym robiła to od zawsze.Bo może faktycznie tak było? Wspomnienia wracają. Zaczynam śpiewać.




"Nobody said it was easy
Oh, it's such a shame for us to part
Nobody said it was easy
No one ever said it would be so hard
I'm going back to the start''


Łza spływa po moim policzku, a ja znów myślę o głosie, który wołał blondyna przed klubem  Cały czas zadaje sobie jedno pytanie.
Dlaczego odszedł?


____________________________________________________________

Prolog i I rozdział pisałyśmy razem. Następne rozdziały też będą tak pisane. Mamy nadzieje, że się wam spodoba.

CZYTASZ=KOMENTUJ





Prolog.

Uciekłam. Nie wiem czy żałuję. Uciekłam od najbliższych. Uciekłam od niego. Wróciłam do punktu wyjścia. Wróciłam do miejsca od którego jeszcze tak niedawno uciekałam. Wróciłam do ludzi, których nienawidzę, a tych co kocham musiałam opuścić.W tych czasach nikomu nie można ufać. Wokół tyle fałszywych twarzy. Komu można ufać, komu nie? Bezustannie zadaję sobie to pytanie, lecz nadal nie umiem znaleźć odpowiedzi. Siedzę na parapecie, a głowę mam opartą o szybę. Deszcz pada, a moje łzy razem z nim. Ktoś przytula mnie od tyłu.
-Kocham Cię, Melody. Nie płacz.-To on. Odwracam głowę, by się upewnić, ale..za mną nikogo nie ma.
On wyjechał. Gdzie? Nie wiem. Jest gdzieś w tym wielkim mieście i czerpie z życia najlepsze momenty, a ja? Jestem tutaj. W tym miejscu. Sama.
Ktoś otwiera drzwi. Odwracam wzrok w tamtym kierunku. Ed.
-Mamy.-Mówi i uśmiecha się.
-Nie mam ochoty. Na nic.-Odpowiadam szeptem.
-Chodź, to poprawi Ci humor.-Bierze mnie na ręce i postawia na ziemi.
-Ostatni raz. Przysięgam.
http://www.youtube.com/watch?v=rLm_aSP369M